20.12.2010

Przyszłość pod znakiem błyskawicy

Czy się to komuś podoba czy nie, motoryzacja dziarskim krokiem zmierza w kierunku elektryfikacji. To, co jeszcze kilka lat było mglistą mrzonką, a w najlepszym razie rynkową niszą o marginalnym znaczeniu, dziś staje się głównym nurtem. Do tej coraz żwawiej rwącej rzeki wskakują zaś co chwila kolejni producenci. Czy ten trend się utrzyma? Wszystko na to wskazuje.
REKLAMA
Lohner-Porsche z początku XX w.PorscheLohner-Porsche z początku XX w.

Idea napędzania samochodu prądem jest niemal tak samo stara, jak sam „powóz bez konia”. Był nawet taki czas, kiedy wydawało się, że elektryczność zwycięży i wyprze benzynę - wszak pierwszy pojazd, który przekroczył barierę 100 km/h, napędzany był właśnie energią zmagazynowaną w akumulatorach, a nie powstającą w wyniku spalania wewnętrznego w cylindrach silnika. Przeszkodą okazały się jednak właśnie baterie - nietrwałe, zawodne, a przede wszystkim zbyt duże i za ciężkie, przez co auta nie emitujące żadnych spalin (nie, żeby to kogokolwiek obchodziło 70, 80 czy 90 lat temu...) zostały wyparte przez te z tłokowymi jednostkami napędowymi. Dziś powracają i najwyraźniej zamierzają powetować sobie lata czekania w cieniu.

e-CityAixam-Megae-City


Samochody elektryczne zawsze czekały cierpliwie i nigdy nie dały się zepchnąć w niebyt, choć przez kilka dekad jedynymi, którzy na poważnie się nimi interesowali, byli inżynierowie dużych koncernów (np. Mercedesa, General Motors czy Volkswagena), a i to głównie za sprawą kryzysu paliwowego lat 70. XX w. Dzięki ich, wydawałoby się, próżnej pracy, już wkrótce będziemy mogli przesiąść się z zatruwających środowisko modeli spalinowych na ich nie emitujących żadnych spalin następców. Jest to zresztą możliwe już od kilkunastu lat, choć tylko dla wybranych i wytrwałych. Małe firmy, jak Aixam-Mega czy Ligier, od dawna produkują mikrosamochody na prąd, które jednak zdają egzamin tylko w miastach (ze względu na mocno ograniczone prędkość i zasięg). Próbowali swego czasu również potentaci (wystarczy wspomnieć Citroena AX Electrique, Volkswagena Golfa

Golf City StromerVolkswagenGolf City Stromer

City Stromera czy Fiata Cinquecento Elettrę), ale skończyło się na niewielkich seriach.

Machina rozkręciła się od nowa, tym razem na dobre, gdy zaczęło się głośniej mówić o zagrożeniach związanych z efektem cieplarnianym i koniecznością ograniczenia emisji CO2 do atmosfery. Producenci szybko podchwycili temat i dziś modele z gniazdkiem zamiast wlewu paliwa pojawiają się jak grzyby po deszczu - jeżeli nie w formie seryjnej, to chociaż jako zapowiedzi na nieodległą przyszłość. Po tym nieco przydługim wstępie zapraszamy na przewodnik po elektrycznej motoryzacji jutra.

Mitsubishi i-MiEVgazeo.plMitsubishi i-MiEV


Pierwszym „poważnym” współczesnym samochodem karmionym elektronami było Mitsubishi i-MiEV, świętujące niedawno jubileusz wyprodukowania pięciotysięcznego egzemplarza. Jako zelektryfikowana wersja małego hatchbacka „i” z silnikiem z tyłu, i-MiEV oferuje moc 64 KM, 180 Nm momentu obrotowego, prędkość maksymalną 140 km/h i teoretycznie 160 km zasięgu, odnawialnego po 7-8 godzinach ładowania. Ten maluch o typowo miejskim usposobieniu okazał się na tyle trafiony, że postanowiono - pod postacią Citroena C-Zero i Peugeota i0na - przeszczepić go na europejski grunt. Gdy zmierzono zasięg według zasad obowiązujących na Starym Kontynencie, dystans możliwy do pokonania na pełnych ogniwach spadł wprawdzie do 130 km, ale za to cena pierwowzoru spod znaku trzech diamentów pozostała na iście astronomicznym poziomie - 160 tys. zł.

Kangoo Express Z. E.RenaultKangoo Express Z. E.

Firmy europejskie nie zamierzają pozostawać w tyle i regularnie przedstawiają własne propozycje. Pozycja lidera marzy się najwyraźniej Renault, które już pokazało 3 gotowe modele (z których dwa lada dzień pojawią się w salonach), a w przygotowaniu są kolejne. Elektrycznych wersji doczekały się Kangoo Express (wersja dostawcza popularnego „Kangura”) oraz nieco przedłużony sedan Fluence, do nich zaś w 2011 r. dołączy zbudowany od podstaw mikrus Twizy (wraz ze swoim bliźniakiem spod znaku Nissana), potem zaś Zoe (o zacięciu sportowym). Dla każdego coś... elektrycznego! Ofertę „rozkręca” także koncern z trójramienną gwiazdą w herbie, również za pośrednictwem swojej marki specjalizującej się w samochodach „kieszonkowych” rozmiarów. Mercedes ma już w swoim arsenale dwa gotowe do użycia działa - osobową klasę A i vana Vito w wersjach E-CELL, bieżącą gamę uzupełnia zaś Smart Fortwo eD.

eDSmarteD

W kolejce czeka wersja E-CELL supersportowego SLS AMG, a równolegle trwają prace nad modelami F-CELL, również napędzanymi energią elektryczną, choć powstającą z wodoru w pokładowym ogniwie paliwowym, ale o tym kiedy indziej.

W gronie producentów spoza Europy, dobrze radzi sobie (być może dzięki powinowactwu z Renault) Nissan, który przygotował pierwszego elektrycznego hatchbacka, czyli ekologicznego konkurenta dla Volkswagena Golfa. Auto nosi imię Leaf (liść) i już można je zamawiać w Japonii i USA, wkrótce zaś trafi i na nasze drogi, od razu w zdobytej dopiero co koronie Samochodu Roku 2011. Skoro zaś o Golfie mowa, i on doczeka się wersji „pod napięciem”. Odmiana blue-e-motion pojawi się na rynku jednak dopiero w 2014 r., a więc ubiegnie ją inny model z tej samej stajni - E-Up!, przygotowywany do debiutu na 2013 r. Wraz z tymi dwoma można spodziewać się zasilanych z akumulatorów Skód, Audi i Seatów, których koncepcyjne zapowiedzi już występują w roli ozdób stoisk podczas największych salonów samochodowych.

Leaf

Zupełnie realny jest natomiast polski Re-Volt z Pruszkowa. Dwumiejscowy trójkołowiec z drzwiami otwieranymi niemal jak w legendarnym Mercedesie 300 SL i tandemowym układem fotelami dysponuje zasięgiem 100 km, rozpędza się do 90 km/h (w tym do 50 km/h w czasie 7 s) i ma na pokładzie litowo-jonową baterię o pojemności 7 kWh. Stanowi ona zresztą bardzo mocno o cenie całego pojazdu, ponieważ jest warta około 40% kwoty 57 tys. zł, które należy wyłożyć, by stać się właścicielem Re-Volta.

Re-VoltIAVRe-Volt


Warto też pamiętać, że technicznie rzecz biorąc to nie jest samochód - aby go prowadzić, potrzebne jest prawo jazdy kategorii A (motocyklowe). Bardziej „samochodowy” charakter ma, oferowany przez konsorcjum Green Stream, luksemburski MyCar CV2. Charakteryzuje się podobnymi osiągami jak trójkołowiec z Polski, a przy tym pewniej stąpa po ziemi i mniej kosztuje - wyceniono go na 45 tys. zł. Klasycznym czterokołowcem jest także niespełna dwuipółmetrowy Romet 4E, przedstawiony niedawno w formie prototypu. Szczegóły techniczne to na razie tajemnica producenta, ale wiadomo, że autko może przewieźć 2 osoby na odległość 100 km. Dobra wiadomość jest taka, że wystarczą uprawnienia do prowadzenia motorowerem, a już można zasiąść za kierownicą.

4ERomet4E

Wisienką na elektrycznym torcie jest niezwykła Tesla Roadster - samochód udanie łączący pasję ekologiczną z demonem szybkości. 3,7 s od zera do „setki” i ostre jak brzytwa właściwości jezdne niezawodnie przyprawią o szybsze bicie serca każdego, w kogo żyłach płynie benzyna. Tej ostatniej oczywiście w dwumiejscowym sportowcu daremnie szukać. Wnikliwi znajdą natomiast gniazdo ładowania, poprzez które można w zaledwie 3,5 godziny pobrać energię wystarczającą do pokonania odległości 400 km. Gdyby wszystkie auta „z wtyczką” były takie jak Tesla, nikt już nie chciałby jeździć benzynowymi, jednak mało praktyczne nadwozie i cena 130 tys. dolarów skutecznie zniechęcają zwykłych zjadaczy samochodów do zakupu, czyniąc z Roadstera lifestyle’ową zabawkę dla zamożnych. W kolejce czeka wprawdzie czterodrzwiowy Model S, ale i on nie sprawi, że samochody napędzane elektronami trafią pod strzechy. Co innego współpraca Tesli z Toyotą, której pierwszym owocem jest, na razie prototypowy, RAV4 EV. Czekamy na więcej!

Model STeslaModel S

Kto chciałby relatywnie niskim kosztem sprawić sobie samochód nie wydzielający spalin, może skorzystać z oferty firm konwertujących standardowe modele na zasilanie prądem. Trzeba liczyć się z pogorszeniem zasięgu i parametrów (auto zostanie wręcz zredukowane do rangi miejskiego środka komunikacji, tyle że niepublicznego), ale za to można jeździć za „pół darmo” (z reguły poniżej 10 zł/100 km). Dobrze jednak mieć własny garaż, by w spokoju nocami uzupełniać zapasy energii w akumulatorach.

Nastały takie czasy, że wszyscy, którzy chcą liczyć się na motoryzacyjnym firmamencie, obowiązkowo muszą chwalić się swoimi elektrycznymi „błyskotkami” na dużych imprezach w Genewie, Paryżu, Tokio czy Detroit. Toyota, Honda, Volvo, Saab, Chevrolet (ex-Daewoo), Hyundai, Kia, BMW, Mini, Fiat, a nawet Tata - dosłownie każdy deklaruje wzmożone wysiłki na rzecz zastąpienia technologii spalinowej elektryczną.

przerobiony własnym sumptem Hyundai Accentgazeo.plprzerobiony własnym sumptem Hyundai Accent

Oznacza to tyle, że za kilka lat w każdym salonie dealerskim będzie stał samochód na prąd, choć na początek prawdopodobnie tylko po jednym modelu danej marki, jako wizytówka technologiczna, manifestująca zaangażowanie producenta w obniżanie uciążliwości motoryzacji dla środowiska naturalnego. Prawdziwy boom dopiero nadejdzie, gdy akumulatory staną się jeszcze mniejsze, lżejsze i pojemniejsze, a naładowanie ich będzie możliwe na każdym rogu ulicy i dowolnym parkingu. To się stanie, ale na pewno nie od razu.




Newsletter


  • 7 tys. czytelników
  • Auta na LPG
  • Testy i relacje wideo
  • Nowości i porady

Robert Markowski
źródło: materiały producentów



gazeo.pl 2007-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone. Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.