REKLAMA
LPG
17.12.2017

Studebaker Champion LPG - mistrz oszczędzania

Jeśli urodziłeś się i wychowałeś w Nevadzie i zajmujesz się naprawianiem samochodów, możesz znać nazwisko Jamesa „Lucky'ego” Luckinbilla. Ponieważ jednak prawdopodobnie nic Ci to nie mówi, przedstawimy Ci jego samego i jego historię.
REKLAMA

Mechanik, belfer, pasjonat

Tak naprawdę wszystko, co przeczytasz poniżej, dotyczy bardziej syna Jamesa, Tima, ale nie można zacząć bez wyjaśnienia, kim był James Luckinbill. W latach 1945-79, aż do przejścia na emeryturę, był nauczycielem mechaniki w szkole średniej Nevada Union. W tych czasach uczył prawdopodobnie wszystkich adeptów sztuki mechaniki samochodowej w całym stanie, więc jeżeli kiedykolwiek los zaprowadzi Was do warsztatu gdzieś na pustyni w okolicy Las Vegas prowadzonego przez fachowca starszej daty, zapytajcie o Lucky'ego – być może uczył go rzemiosła. Dla nas ważniejsze jest jednak, co Lucky robił w czasie wolnym, zajmował się bowiem konwertowaniem samochodów na napęd LPG.

Studebaker Champion, rocznik 1950fot. Ron CherryZa sprawą nietypowej stylizacji, o Championie (zwłaszcza w wersji Starlight Coupé) mawiano "coming or going", bo nie od razu można było poznać, czy patrzy się na przód czy tył nadwozia. Kinomani pamiętają ten model z roli "pożyczaka" w filmie Maska z Jimem Carreyem

Jaki ojciec, taki syn

Pasję przekazał synowi, wraz z zamiłowaniem do starych samochodów. Dlatego też kiedy Tim przejeżdżał przez Rancho Cordova i zobaczył wystawionego na poboczu na sprzedaż poobijanego Studebakera Championa, rocznik 1950, zatrzymał się, by go obejrzeć i dowiedzieć się więcej. Sprzedający, starszy jegomość należący do Studebaker Drivers Club, miał sporo samochodów tej marki, ale jego kolekcjonerskie zapędy zaczęły być solą w oku małżonki, dlatego kilka aut musiało znaleźć nowych właścicieli. Rozstanie z tym konkretnie egzemplarzem przyszło mu najłatwiej – sam kupił go od człowieka, któremu wiek nie pozwalał już prowadzić i nigdy niczego w tym aucie nie zmieniał ani nie naprawiał, po prostu przechowywał go w garażu. Ostatecznie rozsądek, wspomagany przez malejącą wyrozumiałość ślubnej, wygrał z podejściem „nie sprzedam, będę robił”.

Zakup pod wpływem chwili

Auto, choć wizualnie mocno umęczone, było kompletne. Pod maską pracował nadal oryginalny sześciocylindrowy, rzędowy silnik dolnozaworowy (tzw. flathead) o niskiej jak na amerykańskie warunki pojemności 2,8 l (169,9 cui) i mocy 85 KM, połączony z trzybiegową, manualną skrzynią biegów z nadbiegiem, obsługiwaną dźwignią na kolumnie kierowniczej. Auto miało kilka interesujących rozwiązań, np. sprzęgło zapobiegające staczaniu się ze wzniesień (przy pełnym wciśnięciu aktywował się hamulec, co ułatwiało ruszanie pod górkę) i regulowaną osłonę przeciwsłoneczną montowaną... na zewnątrz, na krawędzi dachu. Cena była dobra, więc Tim Luckinbill kupił Championa, jednak radość z zakupu w pewnym stopniu przesłoniła mu umiejętność trzeźwej oceny sytuacji – samochód w tym wieku, który od lat nie jeździł, powinien trafić na lawetę, a nie jechać do nowego domu o własnych siłach. Studebaker konsumował olej silnikowy w takich ilościach, że kiedy Tim podjechał pod dom, jego żona myślała, że się pali.

Odbudowa z przerwami

Praca nad nowym nabytkiem zaczęła się więc od odbudowy silnika. Na drugi ogień poszło wnętrze, które otrzymało zupełnie nową, ale wykonaną z materiałów „z epoki” tapicerkę. Można było próbować zdobyć oryginalną, ale kosztowałoby to dwa razy więcej. Przy okazji wymieniono gumowe wycieraczki podłogowe na miękkie dywaniki – wszak w takim aucie człowiek powinien czuć się jak w domu. Co ciekawe, szybom i chromowanym detalom wystarczyło czyszczenie. Również lakier nie był nakładany od nowa – jest oryginalny, choć kilkukrotne polerki sprawiły, że zostało go na karoserii niewiele. Z prawej strony sytuacja przedstawia się nieco lepiej, ponieważ auto zostało kiedyś zarysowane i położono nową warstwę farby. Na koniec Tim postanowił zająć się hamulcami, ewidentnie wymagającymi uwagi. Postawił auto na kołkach, przykrył plandeką i... tak zostawił na 15 lat.

Ostateczny powrót do chwały

W 2015 r., po przejściu na emeryturę, wrócił do swojej zabawki, obiecując wynagrodzenie jej półtorej dekady zapomnienia i zaniedbania. Dokończył hamulce, odnowił układ chłodzenia, wymienił płyny eksploatacyjne, oczyścił podwozie z resztek 50-letniego smaru. Przez wspomniany już Studebaker Drivers Club Tim znalazł repliki mocowanych do tylnych błotników osłon kół, które kwalifikowały się do wymiany, odmalował je wraz z osłoną przeciwsłoneczną, sprawdził zawieszenie, silnik, 6-woltową prądnicę i lampowe radio. Upewnił się nawet, że przezroczysta ozdoba na masce, podświetlająca się na czerwono po włączeniu świateł, działa jak należy. Jak sam podkreśla, jest fanem – żeby nie powiedzieć fanatykiem – zachowywania samochodów w stanie fabrycznym, bez modyfikacji. Jedną jednak musiał wprowadzić – mając dość niskiej jakości benzyny dostępnej w okolicy, zamontował instalację LPG. Lucky byłby dumny i na miejscu syna zrobiłby to samo.

Nowe życie dzięki LPG

Tim Luckinbill podkreśla, że po konwersji jego Studebaker Champion stał się o klasę lepszym samochodem. Pal sześć koszty – w USA benzyna jest tania jak barszcz, a autem tego typu i tak nie przejeżdża się kilkudziesięciu tysięcy kilometrów rocznie, więc nie o pieniądze tu chodzi. Chodzi o to, że silnik pracuje równiej i ciszej, a z rury wydechowej wydobywają się spaliny, które potencjalnym samobójcom mocno utrudniłyby odebranie sobie życia przez zaczadzenie. Jeżeli kiedyś przypadkiem będziecie w Nevadzie i zauważycie taki samochód, koniecznie zróbcie zdjęcie i pozdrówcie Tima od nas. Nie będzie miał pojęcia, o kogo chodzi, ale niech wie, że doceniamy i podziwiamy jego inicjatywę.


Sprawdź! Zamów wycenę instalacji LPG do swojego samochodu


Newsletter


  • 7 tys. czytelników
  • Auta na LPG
  • Testy i relacje wideo
  • Nowości i porady

Robert Markowski
źródło: Ron Cherry dla The Union



gazeo.pl 2007-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone. Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.