REKLAMA
17.03.2010

Sidney Polak - żaden wstyd

Nasza galeria znanych osób jeżdżących samochodami na gaz właśnie się wzbogaciła o kolejną ciekawą postać. Dołączył do niej Sidney Polak - perkusista T.Love i muzyk od kilku lat z powodzeniem rozwijający karierę solową.
REKLAMA

Także i dla niego używanie LPG zamiast paliw konwencjonalnych nie jest ujmą na honorze ani sprawą wstydliwą. Czym jeździ i co robi, gdy za kółkiem ma nagły „napad weny” - przeczytasz w naszym wywiadzie.

Czy samochody dla Pana to coś więcej czy wyłącznie wygodny środek transportu?

Sidney i jego 4RunnerSidney PolakSidney i jego 4Runner

Witam wszystkich czytających portal gazeo.pl bardzo serdecznie. Samochód dla mnie to nie tylko środek transportu, ale także taki „drugi dom” na kółkach. Spędzam w samochodzie mnóstwo czasu, dojeżdżając na koncerty swoje i grupy T.Love, w której gram na perkusji. Co prawda od kilku lat intensywnie użytkuję także jednoślady, w postaci maxi-skutera Suzuki Burgman 650 i naked-a Suzuki B-King, ale są sytuacje, kiedy nie da się zastąpić samochodu. Kiedy na przykład jest zimno, pada albo muszę wziąć ze sobą jakieś instrumenty na koncert, to dla samochodu nie ma alternatywy. A wiec samochód nadal jest podstawą, choć od kwietnia do października po Warszawie w zwykłych sprawach jeżdżę głównie maxi-skuterem, bo warszawskie korki mnie dobijają. A samochód dla mnie musi wyglądać fajnie, jeździć fajnie, być dzielny, niezawodny, w środku przestronny, tak żeby móc włożyć do niego np. całą spakowaną perkusję albo ekwipunek na trzytygodniowe wakacje dla trzech osób plus wielkiego psa. Od dwóch lat mam czarną Toyotę 4Runner Limited Edition w wersji czterolitrowej, rocznik 2007, i ona w końcu spełnia wszystkie moje oczekiwania. Dynamiczna, przestronna i niezawodna quasi-terenówka z mocnym i elastycznym silnikiem, z „automatem” i, co bardzo ważne, z dobrym zestawem audio. Możliwość włączenia i wyłączenia napędu na 4 koła, zmienny dyferencjał, kontrola trakcji, system DAC do zjeżdżania z pagórków i wyłączanie kurtyn bocznych podczas jazdy w terenie! I nie wygląda „karkowato”! Raczej spokojnie, młodzieżowo trochę. Bez przegięcia w żadną stronę. Dobrze się w niej czuję, bo to bardzo fajny samochód.

Za jakiego kierowcę Pan się uważa? I jak Pan ocenia współużytkowników dróg?
Oczywiście każdy twierdzi, że jest niezłym kierowcą, ze mną włącznie. (śmiech) Mogę tylko powiedzieć, że koordynację kończyn mam wyćwiczoną przy perkusji, a wiec manualnie jestem dość sprawny. Prowadzenie samochodu to także wyobraźnia, która też jest potrzebna przy komponowaniu muzyki, a więc chyba nie jest źle. Mam taką nadzieję przynajmniej. A jeśli chodzi o polskich kierowców, to wydaje mi się, że idzie ku lepszemu. Że Polacy jeżdżą coraz kulturalniej i bezpieczniej, choć warunki do jazdy mamy straszne. Polskie drogi są złe i jeszcze długo będą, niestety. Ale są kraje, gdzie drogi są lepsze, a kierowcy jeszcze bardziej świrnięci np. Włochy albo Grecja. Tam jest jeszcze więcej wypadków i obserwuje się jeszcze więcej „dziwnych” zachowań. W Polsce kierowcy są coraz bardziej wyluzowani, chociaż do tych w Stanach nam jeszcze dużo brakuje. To się zmienia, szczególnie w dużych miastach.

Czy samochód ma wpływ na Pana pracę? Czy jest swego rodzaju „azylem” i miejscem, gdzie tworzy Pan przyszłe projekty? Czy wena zastaje Pana czasem „za kółkiem”? Co wtedy?
Ależ oczywiście. Długo by o tym opowiadać. (śmiech) Po pierwsze, zawsze mam w samochodzie dyktafon, na który w każdej chwili mogę nagrać swój pomysł na tekst albo jakąś melodię, a w zmieniarce na stałe siedzą płyty CD z moją muzyką, do której aktualnie coś układam. Druga dla mnie nieodzowna rzecz to wejście AUX w soundsystemie, żeby można było podłączyć iPoda albo laptopa, kiedy w samochodzie oglądam filmy DVD. Nie, nie podczas jazdy, (śmiech) tylko podczas moich „dalekich spacerów z psem”, ale o tym później. W iPodzie mam całą swoją bibliotekę płyt, około 140 gigabajtów muzyki, bo kupuję jej mnóstwo i od razu zgrywam do komputera, a później z nim synchronizuję iPoda.

Takim sposobem zawsze mam wszystko przy sobie. Wszystkie płyty, jakie mam, na wyciągnięcie ręki. Wygoda niesamowita. Jeśli chodzi o te spacery, to mieszkam na Tarchominie i co kilka dni biorę swojego „wielbłąda” (mam mastifa brazylijskiego) do specjalnej, ogromnej klatki podróżnej, zrobionej pod wymiar samochodu, która zajmuje cały tył i jadę z nim w nocy w jakieś odludne miejsce w lesie albo na łąkę. Kiedy znudzi mi się chodzenie po chaszczach, zakładam mu kaganiec i puszczam wolno. Jest nauczony, żeby nie uciekać za daleko, tylko sobie biega w zasięgu reflektorów, coś tam kopie, słowem - ma wtedy godzinkę na pełne szaleństwo. A ja wtedy załączam kompa i oglądam jakiś film DVD z dźwiękiem z mojego systemu JBL. Bardzo przyjemna opcja, takie kino w terenie. (śmiech) Jest jeszcze jedna rzecz, bez której nie mógłbym się obyć. To oczywiście prądnica. W moim przypadku, ponieważ auto sprowadziłem ze Stanów, jest to 110 woltów, bo nie przerabiałem instalacji elektrycznej, ale sprzęty, których używam najczęściej, działają także na to napięcie i np. kiedy jedziemy z kolegami na koncert, ja siadam z tyłu i odpalam sobie laptopa albo nawet sampler Akai MPC5000 i robię muzykę jadąc. To są rzeczy, które kiedyś były dla mnie niedostępne. Trasa mija szybko i produktywnie. Nie tracę czasu gapiąc się w szybę, tylko kleję dźwięki. Dla mnie super.

Ma Pan jakieś ciekawe anegdoty związane ze swoimi doświadczeniami za kierownicą?
Najwięcej anegdot jest związanych z panami w mundurach, którzy raz są mniej przychylni, a raz bardziej. Młodzi policjanci często mnie poznają i wtedy najczęściej kończy się na pouczeniu, choć staram się nie łamać przepisów. Od kiedy jeżdżę motocyklem i poznałem smak „prawdziwej” adrenaliny, automatycznie noga przestała wciskać gaz w samochodzie. Nie muszę się już nakręcać szybką jazdą, bo nie wiem, jaka ona by musiała być, żeby dorównać wrażeniom z motocykla czy maxi-skutera. Słowem - nawet wolna jazda motocyklem jest dużo bardziej podniecająca niż turlanie się w „puszce”, także wyluzowałem. Jeżdżę bezpiecznie i w miarę wolno. Ale jak już się coś zdarzy, to nie daję łapówek. Brzydzi mnie to. Albo pouczą, albo proszę o mandat i go płacę. Trudno. Ten kraj się nie zmieni, kiedy będziemy im dawać hajs. Jeśli chodzi o LPG, to nic szczególnego nie przychodzi mi do głowy, ale pamiętam jeden epizod związany z CNG. Mogę opowiedzieć historię, która raczej nie jest śmieszna, tylko straszna, ale jednak jakoś tam jest związana z gazem w samochodzie...

Otóż w lutym 2009, kiedy pojechaliśmy z żoną na karnawał do Rio, poszliśmy sobie na nocny spacer po Copacabanie. Przechodziliśmy koło dużej nadbrzeżnej dyskoteki, przed którą był uruchomiony naprawdę spory ogródek z jedzeniem i drinkami. Ludzi tłum, muzyka, taniec na ulicy, słowem - zabawa. Godzina 1. w nocy. Nagle usłyszeliśmy bardzo głośny „syk”, trwający kilkanaście sekund. Bardzo głośny i bardzo dziwny, jakby ktoś rzucił petardę z gazem łzawiącym (ten dźwięk pamiętam jeszcze z czasów „komuny”). Cały ogródek, dosłownie wszyscy siedzący i stający wokół, w jednej sekundzie zerwali się z miejsc i, tratując stoliki, parasole, a także siebie nawzajem, zaczęli w popłochu uciekać. Ugięły nam się nogi z wrażenia i tez zaczęliśmy biec razem z nimi. Moja żona krzyczała: „Jezu, chyba strzelanina zaraz będzie! Trzeba się położyć na chodniku!” Nie oglądając się za siebie, biegliśmy dobre kilkaset metrów z całym tłumem, około 200 osób. Niesamowite wrażenie. Pierwszy raz przeżyłem atak zbiorowej paniki. Odbiegliśmy na bezpieczną odległość, ale strzałów nie usłyszeliśmy. Inni tez się zatrzymali i po kilku minutach wypatrywania i upewnieniu się, że nic się nie stało, powoli zaczęli wracać. Po mniej więcej 15 minutach ogródek był już posprzątany. My także wróciliśmy, bo byliśmy bardzo ciekawi, co się stało.

Przyjechała policja, więc podszedłem do policjanta i zapytałem się: „What happened here?” A on na to, ze taksówkarzowi, który stał pod tą dyskoteką, rozszczelniła się butla z gazem... Stąd ten syk, który przez wszystkich został zinterpretowany jako początek strzelaniny. Szkoda, że tego nie nagrałem na kamerę. Ta sytuacja byłaby hitem na YouTube’ie. (śmiech)

Skoro zdecydował się Pan na gaz, pewnie sporo Pan jeździ lub auto dużo pali. Czym się Pan kierował, adaptując samochód na LPG? Diesel wchodził w grę przy wyborze modelu?. Bardzo dużo jeżdżę, robię średnio jakieś 15 tysięcy km rocznie motocyklem i w okolicach 20-25 tysięcy km samochodem. Kiedy samochód odebrałem od importera i zacząłem nim jeździć, zrobiłem gruntowne obliczenia i wyszło, że samochód przy dynamicznej jeździe z…
 

Dalsza część artykułu na następnej stronie. Zachęcam do przeczytania.
Pozostało: 50%



Newsletter


  • 7 tys. czytelników
  • Auta na LPG
  • Testy i relacje wideo
  • Nowości i porady

Robert Markowski
źródło: informacja własna



gazeo.pl 2007-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone. Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.